Story #2: Some kind of monster

tumblr_o4t18q7exx1uhbzjxo1_540
Źródło: tumblr. com

– Pozaginają panie teczki i ponabijają pieczątki i mogą panie iść do domu – powiedziała jedna z sekretarek, rzucając przy tym na biurko stertą tekturowych teczek. – Pieczątki są w szufladzie – dodała jeszcze na odchodnym. Obróciła się na pięcie i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi.

Blondyna oparła się na prawej dłoni i zaczęła wzdychać. Wiedziałam, co to oznacza.

– Wiem, że jesteś na kacu. Prześpij się, a ja to zrobię. Chcę stąd jak najszybciej się urwać – powiedziałam do niej. Robota, którą by wykonała, byłaby do bani, więc wolałam to zrobić sama. Inaczej kiblowałabym do 14.30 w sekretariacie. Blondyna umierała nie tylko od bólu głowy. Na kompie nie było Pudelka i to był największy shit of the day.

150 teczek później pakowałam swoje manele do torby. Wyszarpałam śpiącą Blondynę zza biurka, zarzuciłam jej torbę na ramię i wyszłyśmy na korytarz. Utrzymanie Blondyny w pionie było łatwe, 45 kilo i 160 cm wzrostu nie stanowiło żadnej przeszkody. Pozory trzeba utrzymać, zwłaszcza że dookoła było pełno patrzących się na nas ludzi. Ruda widząc nas na korytarzu wyszczerzyła zęby w geście zadowolenia.

– No, no, uwinęłyście się wreszcie. Ja sobie posiedziałam z sędziami w pokoju. Kawka i ciasteczka obowiązkowo hehe – powiedziała Ruda, odgarniając idealnie wyprostowaną grzywkę z czoła. – Chodźmy na wykład, nie byłyśmy już miesiąc. Czas oblukać naszego doktorka- jak zwykle powiedziała to za głośno, a jej doniosły głos mimo wątłej postury jej ciała zapewne słyszało całe drugie piętro Rejonu. So much fun.

Idziemy z Blondyną pod pachę przez miasto. Z lewej Ruda, z prawej ja. Mówię jej, żeby chociaż przy sądzie była w miarę samodzielna, później może iść nawet na czworaka. Nie da się. Mówi, że dalej chce jej się pić. No i że znowu nic nie jadła. Jak zwykle uwiesiła mi się na szyi i zrobiła wielkie szklane niebieskie oczy, które moje zielone tęczówki widziały już zbyt często. Ten moment, kiedy znów zostaje moim dzieckiem, nieporadnym, wątłym, mającym 10 lat. Rozczula mnie kolejny raz.

Ruda gada przez telefon. Idzie przed nami i zarzuca tyłkiem na boki. Traci kontakt z realem i włazi w psią kupę. Znowu rozdziawia swoje usta i w popłochu wyciera buta o trawę. Blondyna zanosi się od śmiechu i kuca na środku chodnika. Ja stoję i łapię ją za sweter, żeby nie zaryła o beton. Ludzie przystają i się lampią. Czuję, że płonę. Że płonie każdy milimetr mojego ciała, zalewany jednocześnie nadprodukcją zimnego potu.

Zbieram Blondynę z chodnika, idziemy do Rudej. Ruda zakrywa swoją twarz małymi dłońmi. Wygląda jak małe dziecko. 152 centymetry wzrostu + 7 cm nudziakowych szpilek nie czyni z jej wyglądu dorosłej.

– Chodź do baru, umyjesz te buty. Na wydział jest jeszcze kawałek – powiedziałam do rudego nieszczęścia, które już miało świeczki w oczach. Popatrzyła na mnie wielkimi brązowymi oczami i pokiwała głową. Drugie nieporadne dziecko, pół roku ode mnie starsze.

Chwilę później Blondyna sączyła już piwo, Ruda już nie płakała, a ja mogłam nareszcie usiąść bez nadbagażu ludzi na moim ramieniu. Do wykładu zostały dwie godziny. Blondyna rozwaliła się wygodnie na kanapie, Ruda ścisnęła małe nóżki i siedziała skulona na fotelu. Patrzyłam na nie i czekałam na to, co zamierzają zrobić.

– To co, może ja też kupię piwo? – zapytała Ruda spoglądając na mnie. – A ty chcesz coś? – zapytała mnie. Pokręciłam głową. Nie chciało mi się nic. Poza tym, nie miałam drobnych w portfelu.

Cztery piwa później pytam, czy idziemy na wykład. Cztery piwa wystarczyły, żeby nasłuchać się o ludziach z grupy, kto i dlaczego nie imprezuje. Kto z kim, kto nie jest już z kimś, kto na pewno właśnie siedzi w domu i ryje na cywila. Co było na ostatniej imprezie, zostało na ostatniej imprezie. Może czas obciąć włosy? Nie w ten weekend, bo jadę do domu. W domu tylko leżę i jem jedzenie zrobione przez babcię.

A co myślisz o niej ? Ona na bank się puszcza ! Lepiej zjeść w Maku obiad, czy iść do KFC ? Dlaczego przy wydziale jest dalej remont, skoro mają tyle siana, że mogliby go skończyć w dwa miesiące po starcie ? A nasza dawno niewidziana koleżanka ? No, zerwała z chłopakiem i jej odwaliło, he he he. Deszcz to największe zło pod słońcem, bo skręcają się od niego idealnie wyprostowane włosy.

Bla, bla, bla.

Cztery piwa na dwie głowy później, Ruda i ja szłyśmy na ostatnie 45 minut wykładu. Blondyna znowu zaniemogła i trzeba było ją holować. Czyli dwie osoby idą, trzecią zostaje siłą zaciągnięta jak worek ziemniaków do miejsca przeznaczenia. Nice. Kiedy ostatnio szła o własnych siłach? Już nie pamiętam. W środy często szła pomylonymi krokami, tak jak dziś.

Siadamy na końcu sali, cichaczem wślizgując się przez boczne drzwi. Po 10 minutach truskawkowy blond, zwany Rudą, nawija i nawija. Ja siedzę na brzegu i gapię się na prowadzącego, w nadziei że pomyśli, że koniec sali słucha jego wywodów o prawie autorskim. Jest miło. Jest jeszcze miło przez jakieś dwie minuty, dopóki poirytowany facet nie pojawia się przy naszym rzędzie. Truskawkowy blond spąsowiał, ja w sumie też, reszta sali wlepiła w nas swoje gały. O tak, na pewno będą plotkować. Spuszczam wzrok i mówię do faceta, że przepraszam. Chociaż w sumie nie wiem za co, ale to robię. Aaa, no tak, bo będę mieć z nim egzamin i może mnie zapamiętać. Jedna z wielu zasad, które trzeba przestrzegać. Blondyna i Ruda też grzecznie przepraszają. Facet odchodzi, a one kontynuują harce i śmieszki pisząc jakieś bzdury na okładkach swoich zeszytów. Robię jakieś notatki, żeby nie było potem przypału na egzaminie.

Półtorej godziny później Blondyna sączy trzecie piwo, Ruda popija jakiegoś drinka. Ja mam kawę, mówię, że boli mnie głowa i ciągnie mnie na wymioty. – He he, w ciąży jesteś? – pyta Ruda, klepiąc smsa na swoim telefonie. – Nie, co ty. Nagle zaczęła mnie boleć moja głowa – odpowiedziałam jej, grzebiąc w filiżance łyżeczką. Jeśli przyjmując, że nagle to ostatnie 10 godzin z nimi, to wszystko się zgadza.

Kolejne piwa, drinki i druga kawa. Tak, znalazłam w czeluściach swojej torby drobne. Na zewnątrz ciemno, ludzi w barze przybywa, jest coraz głośniej. Przy naszym stole robi się głośno, bo duet siedzący naprzeciw mnie zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością. Blondyna już dwa razy zaliczyła upadek w drodze do kibla, Ruda zaczyna coraz głośniej się śmiać.

Patrzę na nie, ale ich nie widzę. Słucham ich, ale ich nie słyszę.

– Wiecie co – zaczęłam – muszę wyjść. Umówiłam się z nim, że jeszcze dziś do niego wpadnę. A wiecie, że dojazd mi zajmie z godzinę – wlepiłam w nie swoje oczy, żeby uwierzyły w to, co mówię. Pokiwały głową i w geście ogromnego smutku wyciągnęły swoje ręce w moją stronę, żeby przytulić się na pożegnanie. Zarzuciłam kurtkę na ramiona i pomachałam im na odchodnym. Wbiegłam na schody i wyruszyłam w ciemną noc na przystanek.

Wsiadłam w tramwaj i odjechałam z dala od harcującej parki zalanej alkoholem.

– Nie spodziewałem się ciebie dziś tutaj – zaczął mężczyzna na widok mnie – nic nie mówiłaś, że przyjedziesz.

-Niespodzianka, tak jakby. Dziś nikogo już nie holuję, nie słucham, nie wyręczam, nie służę za dekorację. Tak, wiem – jestem okrutna.

-Jesteś. Znowu.

Mężczyzna zaśmiał się i objął mnie swoim ramieniem.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s