Story #3: Smutek po trzykroć

3344038e29df18ca05845f42a4fe5635
Źródło: tumblr.com

Już dawno tak nie padało. Już dawno nie było tak ciemno. Już dawno nie opadła na ziemię taka warstwa zimna, wilgoci i chłodnego wiatru. Wielkie łóżko zasłane białą pościelą stało pośrodku pokoju, do którego nie wpadało żadne światło z ulicy. Okno wychodziło w stronę nicości, zaciągniętej grubą warstwą nocy. W oddali widać było migocące małe światełka. To tylko znicze dogasające na pobliskim cmentarzu. Tlą się, nie pozostawiając wątpliwości, że jeszcze chwila i one też pokryją się ciemnością. Zupełnie jak leżące sześć stóp pod nimi trupy.

Biała pościel spowijała łóżko, niezgrabnie przykrywając leżącego na nim mężczyznę. Ciemne włosy przyklejone do czoła, ręce odrzucone za głowę. Dawno nieobcinane kosmyki rozsypały się na białej poduszce. Mężczyzna słuchał wiatru szalejącego na zewnątrz i kropel obijających się o blaszany dach. Słuchał stukającego serca w jego piersi. Zatracony w melancholii zaciągnął się papierosem, który prawie że kończył się spalać. Trzeba jeszcze odpalić chociaż jednego. – pomyślał mężczyzna, odpalając kolejnego papierosa.

Cisza w budynku, papierosy, efekty specjalne natury za oknem uspokajały mężczyznę. Dawały mu ukojenie po wydarzeniach zeszłej nocy. Choć minęła już prawie doba, sztorm zdawał się już uspokajać. Wypalał się, wyciszał, wiedział, że już nie ma sił na dalsze szarżowanie. Lewą ręką mężczyzna chwycił prześcieradło i zaciągnął je na swoje piersi. Pusty żołądek, wypełniany dymem papierosowym, domagał się jedzenia, wychładzając przy tym blisko 190 centymetrowe ciało. Kilka wdechów i wydechów z papierosem, bawełniane prześcieradło owijające ciało niczym kokon i 10 stopni w pomieszczeniu powinny wystarczyć do rana. Powinno być dobrze. Spokój wypełniał żyły, otulał skołatane i zbolałe serce, ocierał policzki z łez. Delikatnie usypiał do snu, szepcząc do uszu, że już po wszystkim, balans zostaje znów przywrócony z każdą kolejną minutą.

Dźwięk cichych kroków rozbudził mężczyznę. Najpierw nie mógł ich wychwycić przez wiatr i deszcz hulających razem za oknem. Im bliżej postać była, tym coraz wyraźniejsze były jej kroki. Powoli otwierane i zamykane na powrót oczy mężczyzny nie ukazywały nikogo. Jednak uparte kroki były coraz bliżej łóżka. Mgliste kontury mebli i sprzętów ustawionych gdzieś w oddali były nadal te same, nic nie przesuwało się samoczynnie. To nie duchy. Mężczyzna odetchnął. Kroki ustały. Postać musiała się zatrzymać i coś w swojej głowie przetwarzać. Cóż, może nie wie,czy mnie zadźgać nożem, czy udusić kablem od żelazka ? – pomyślał mężczyzna kolejny raz zamykając swoje oczy. Zaciągnął na swoją twarz prześcieradło, stosując dziecięcy trik na bycie niewidzialnym.

Wtem brzuch mężczyzny ugiął się pod ciężarem małej postaci, która z impetem na niego wskoczyła. Mężczyzna odkrył swoją twarz i zauważył przed swoim nosem błyszczący w ciemnościach nos i parę wpatrujących się w niego ze zdziwieniem oczu.

– Maksiu, co się stało? – zapytał mężczyzna głaskając białego teriera po głowie. – Boisz się wiatru?

Pies beznamiętnie wpatrywał się w swojego pana. Nie reagował na słodkie słówka mężczyzny, który w najlepsze wylegiwał się w łóżku. W psim mniemaniu jego pan go olał, nie pozostawiając w tej kwestii żadnych wątpliwości. Coś było nie tak, mężczyzna spędzał z nim sobotnie popołudnia w fotelu przed kominkiem, a nie tutaj, samolubnie chowając się w łóżku. Mężczyzna podciągnął do góry prześcieradło w geście zaproszenia pod nie swojego zwierzęcego kompana. Pies przystał na tę propozycję, mimo całkowitego niezrozumienia dzisiejszej sytuacji.

Terier, mężczyzna, pusty żołądek mężczyzny i noc popłynęli w sen. Akompaniował im deszcz stukający o dach, parapet i szyby oraz wiatr, świstający każdy jeden materialny przedmiot ze wszystkich stron. Łóżko nie było już przerażająco zimne, ciepło zwierzęcia rozgrzewało je, dodając nieco otuchy mężczyźnie.

Kroki. Uparcie powtarzające się ciche kroki, mieszające się z wiatrem, deszczem i sapaniem śpiącego teriera. Ich dźwięk zaczął świdrować w uszach mężczyzny, po raz kolejny wyrywając go ze snu. Jego powieki, mimo swojej ciężkości i opuchlizny, podniosły się do góry. Oczy poszukiwały kroczącego obiektu. Kto to znowu? Może tym razem złodzieje, którzy grasują w okolicy ? – przemknęło przez myśl mężczyzny, który mocniej przytulił do siebie psa. Pies nie reagował, może nie wychwytywał tych dźwięków. Nie wiadomo. Serce mężczyzny na powrót zaczęło dudnić w jego piersi.

Zdejmowanie jakichś przedmiotów z półek, stawianie czegoś na podłodze. Zrzucanie jakichś ubrań. Może worki z narzędzi trafiły na podłogę? Krok w tył, cztery do przodu, skrzypienie podłogi. Teraz wszystko było coraz bardziej wyraźne. Deszcz nasilił się, a wiatr począł coraz mocniej dmuchać. Stary nieprzymocowany do reszty dachu kawałek blachy zaczął coraz mocniej się tłuc, tłumiąc tym samym wszystkie ciche dźwięki w budynku. Teraz nasłuchiwanie nie miało sensu, postać poruszała się bezszelestnie.

– Czego chcesz, do cholery ? – odezwał się mężczyzna, przyciskając do siebie psa. – Jestem ja i mały roczny terier. Jak coś chcesz wziąć, to zabieraj. Nas oszczędź… a w sumie. Zrób co chcesz, mi jest wszystko jedno. Od wczoraj nie chce mi się żyć, kobieta mnie opuściła. Daj żyć mojemu psu, on jest mały, głupiutki i zasługuje na więcej, niż ja. Chociażby na pełną miskę i jakąś suczkę.

Mężczyzna przycisnął do siebie psa jeszcze mocniej. Odliczał sekundy do swojego końca. Liczył, że oprawca oszczędzi psa, po wykonanym przez mężczyznę wyznaniu. Poczuł się głupkowato, a cały kontekst sytuacyjny był komiczny, choć niósł w sobie odrobinę grozy. Głos pod koniec mu się łamał, a słowa trafiały w ciemność wypełniającą cały pokój. I tak było mu wszystko jedno, od 24 godzin nie miał po co żyć. Opuściła go kobieta, z niewiadomych przyczyn zamknęła mu przed nosem drzwi. I serce.

Postać ukazała się w progu pokoju. Wysoka, w miarę szczupła, z zakrytą kapturem twarzą. Napięcie zwiększało się z każdą kolejną minutą. Każde kolejne uderzenie serca rozdzierało klatkę piersiową mężczyzny. Płytki oddech niemalże go dusił, a krople potu zalewały jego twarz, włosy i białą pościel. Postać nagle stała się niższa, jeszcze szczuplejsza, oczy błysnęły w ciemności. Buty na obcasie i kurtka z kapturem zostały ściągnięte i rzucone gdzieś w dal. Postać zbliżyła się do łóżka. Patrzyła chwilę na mężczyznę, zastanawiając się nad kolejnym ruchem.

– Dwa razy nie można zginąć. – odezwała się kobieta – Wczoraj zginąłeś po raz pierwszy i ostatni z mojej ręki. To się więcej nie powtórzy, przepraszam.

Smutny mężczyzna razem ze smutnym psem wpuścili smutną kobietę w białą pościel. Wiatr ustał, deszcz uspokoił się. Nie potrzebne były już kojące dźwięki zza okna. Ukojenie było teraz na wyciągnięcie obu rąk.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s