Story #5: Nina

1187105
Źródło: tumblr.com

Brązowy pasek uciskał moją talię. Niebieska sukienka, którą dziś miałam na sobie była wyjątkowo luźna. Musiałam założyć pas uciskowy, żeby nie wyglądać, jak w worku na ziemniaki. Wysokie buty dodawały mi jakieś 10 cm do mojego wzrostu.

Sierpień dogorywał. Od kilku dni było czuć już jesień, która roztaczała swój niewidzialny płaszcz nad miastem. Nadchodziła ona niepostrzeżenie, cicho i bez wrzasku. Dawała jeszcze odrobinę wytchnienia swojemu poprzednikowi. Nie raziła w oczy. Bezboleśnie czekała na swoją kolej.

Siedziałam przy pomniku Kopernika, obserwując przechodniów, którzy migali mi przed moimi oczyma w obie strony. Lewa, prawa. Prawa, lewa. Brak znajomych twarzy. Brak jakichkolwiek cech wspólnych z kimkolwiek mi znanym. Obcość, nicość, tajemniczość.

Czekałam już piętnaście minut. Wiedziałam, że przyjdzie. Wiedziałam też, że się spóźni. Było to typowe zachowanie. Cecha, która była zapisana w genach od chwili poczęcia. Wiedziałam, że pojawi się niebawem w zasięgu mojego wzroku. Że będzie.

I była. Siedemnaście minut czekania, kilkadziesiąt przechodniów przemykających przed moim nosem, kilkanaście zmian świateł później. Czerwona suknia do kolan zdradzała na pewno to, że miała idealną talię. Perfekcyjne nogi. Dobrą wypłatę, której jej zazdrościłam.

Na pewno nie zdradzała jednego – kolejnej próby samobójczej. Nina była piękna. Miała urodę, miała poukładane życie zawodowe i prywatne. Miała wszystko to, czego od dawna chciała. Czego chcieli inni. Miała też jedną brzydką przypadłość. Chciała się zabić od zawsze. Był to jej nadrzędny plan, który jej nie wychodził mimo ustawicznych i cyklicznych prób. Była to jej słabość odkąd pamiętam.

Na nadgarstkach miała bardzo grube drewniane bransolety pod kolor jej sukni. Świeże rany po cięciach były widoczne i trzeba było zakryć je przed całym światem. Mimo tego, że musiały być zakryte, Nina była z nich dumna. Były jej. Były kolejnym śladem jej intensywnej pracy nad samozagładą.

Przytuliłam jej szczupłe ciało. Jej żebra wbiły mi się w mój brzuch. Była naprawdę szczupła. Aż mnie to przeraziło.  Jej wielkie niebieskie oczy zdawały się śmiać. Cieszyć. Były naprawdę radosne. Nie czułam od niej tego, co zwykle. Chłodu. Tego porażającego powiewu śmierci. Pragnienia odejścia. Unicestwienia.

Chwilę później szłyśmy przez park. Wzięłyśmy się za ręce. Mówiłam jej o moim pracodawcy, strasznym draniu i wyzyskiwaczu, który mimo tych cech, bardzo mi przypadł do gustu pod względem fizycznym. Był szalenie przystojny. Piękny.

Promienie popołudniowego słońca tańczyły przed naszymi głowami. Korony wysokich drzew, poruszające się przy delikatnym wietrze, żonglowały paskami światła wygenerowanymi przez słońce. Duży czarny pies przebiegł nam drogę. Nieopodal nas ktoś głośno się śmiał.

Usiadłyśmy na chwilę. Moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Być może to wina zbyt wysokich butów. A może wcale nie. Nina rozłożyła się na ławce wystawiając swoją twarz ku słońcu. Uśmiechnęła się.

– Czy wiesz, że mój Darek dostał awans w swojej pracy ? – zapytała. Nie patrzyła na mnie. Jej oczy pozostały zamknięte, a twarz nadal była wystawiona ku sierpniowemu słońcu. – Jestem z niego taka dumna – powiedziała radosnym głosem.

– Ciesze się – odpowiedziałam. – Darek czekał na ten moment chyba trzy lata, o ile się nie mylę. A co mi o swojej pracy powiesz? – zapytałam z zaciekawieniem. Złapałam ją za dłoń. Nina nie zareagowała w żaden sposób. Pozostawała zastygnięta w swojej pozie niczym posąg.

– Wszystko dobrze. Mamy teraz nowe obrazy w naszej galerii od lokalnego artysty. Czy wiesz,ze ten człowiek ukrywał się jakieś czterdzieści lat ze swoimi pracami ? Ano własnie. Odkryła go Kamila, moja szefowa. Zepsuł się jej samochód pewnej nocy i ten człowiek jej pomógł. Idealne wyczucie czasu.

Przed nami wyrosła jak spod ziemi mała dziewczynka ubrana w niebieski letni kombinezon. Stala chwilę przyglądając się nam. Nina otworzyła oczy. Zamrugała parę razy i popatrzyła na dziewczynkę. Uśmiechnęła się do niej.

Poczułam, ze Nina odchodzi od swojego planu. Była spokojna, opanowana i co najważniejsze – nie odlatywała w przestworza własnych myśli. Była tu i teraz. Była ze mną duchem i ciałem. Poznaję to uczucie sprzed wielu lat, kiedy jeszcze nie chciała tego zrobić. Było to jakieś dwadzieścia lat temu.

Dziewczynka w końcu odwzajemniła uśmiech. Usiadła obok Niny i zaczęła swoimi drobnymi paluszkami dotykać jej bransolet. Nie widziała albo nie chciała widzieć podłużnych ran wykutych na nadgarstkach. Drewniane bransolety skupiły całą jej uwagę.

Przyglądałam się. Patrzyłam i czekałam na to, co się wydarzy. Co powie jedna i co odpowie jej druga. Na tę chwilę nikt nic nie mówił. Na razie każda z nich badała siebie. Mała rudowłosa dziewczynka poznawała bransolety dorosłej szatynki ubranej w czerwoną suknię.

Nina swoją lewą dłoń skierowała na głowę dziewczynki, poczynając głaskać jej proste rude włosy. Dziewczynka dotykała bransoletę zdobiącą prawy nadgarstek Niny. I byłam też tam ja – obserwator. Świadek z widzenia rejestrujący to, co dzieje się obok mnie.

Nina odwróciła głowę w moją stronę. Popatrzyła na mnie wilgotnymi oczyma. Rozchyliła swoje wąskie usta umalowane na jasno różowy kolor i powiedziała do mnie szeptem:

– Chcę mieć taką córeczkę. Jest idealna.

Uśmiechnęłam się do niej. Pokiwałam głową w geście przyznania jej racji. Byłaby perfekcyjną matką. Kochająca, oddana, dobrą. Wychowałaby świetne dziecko, które już jako dorosły człowiek, byłoby dobrym człowiekiem. Zupełnie jak ona. Moja Nina.

– Adriana, gdzie jesteś ? – głośny kobiecy krzyk przerwał nam nasze milczenie. Odwróciłam głowę. Zza zarośli wynurzyła się wysoka rudowłosa kobieta. Miała przerażenie w swoim spojrzeniu. Zdenerwowana matka szukała swojego dziecka. Dziecka eksplorującego bransolety Niny.

Dziewczynka zerwała się z ławki na dźwięk głosu swojej matki. Zniknęła w zaroślach wraz ze swoją rodzicielką odzianą w letnią żółtą sukienkę do kolan.

Nina schwyciła mnie w ramiona i mocno do siebie przytuliła.

– A może byśmy się pościgały po parku? – zaproponowała. – Pobawimy się w chowanego. Chcę się poruszać, pobiegać, nałapać się świeżego powietrza.

Jej usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Chciała zabawy. Chciała oderwać się od tej swojej ciemni.

Uwierzyłam jej. Jak można było jej nie uwierzyć? Zerwałyśmy się na nogi i zaczęłyśmy biec w stronę pobliskiej fontanny. Nina śmiała się głośno i biegła przed siebie,zostawiając mnie w tyle.

Chwilę później widziałam jej zmiażdżoną głowę pod kołami autobusu. Świat się zatrzymał. Moje serce przystanęło na ułamki sekund, co było odczuwalne fizycznie jak długie godziny. Stałam i patrzyłam na nią. Na moją Ninę, która przed chwilą była radosna, zabawna i pełna życia. Mimo tej maski, miała świadomość tego, że za chwilę odejdzie z tego świata.

Oto miałam przed sobą zniekształcone, zimne ciało marzycielki. Kobiety całkowicie wyzbytej dotyku rzeczywistości. Nina zanurzona w codziennym świecie, funkcjonująca w nim, jak gdyby nigdy nic, wędrowała w swoim równoległym świecie złożonym z samobójczych marzeń.

Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam biec przed siebie. Łzy płynęły mi po moich policzkach. Kończyny zaczęły mi drżeć. Nogi były jak z ołowiu. Brodziłam wysokimi butami o piaszczyste podłoże. Skręciłam w najbliższą alejkę. Wymiociny wyskoczyły z moich ust wprost na  rabatkę z bratkami.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s