Story #6: Marcowe zachmurzenia

7658_caa0
źródło: tumblr.com

Mam dzisiaj zachmurzone oczy. Narkotyczne, leniwe spojrzenie zawieszone gdzieś w oddali. Patrzą me oczy, lecz nie widzą. A patrzeć i nie widzieć to najgorsze co może nas spotkać.

Cała dziś jestem zachmurzona. Jak otaczający mnie świat, niespiesznie dryfujący do zbliżającej się nocy. A ta już spoziera zza rogu, chcąc rozlać się po ulicach miasta.

Moje oczy nie są słone. I dzisiaj raczej nie będą. Na próżno szukać słonego smaku na skórze policzków.

Zimno i chłód na zewnątrz. Zimno i chłód wewnątrz. Niby coś się dzieje, ale nie reaguję zbytnio.

Jadę już dwadzieścia minut. Czuję te dwadzieścia minut na każdym milimetrze kwadratowym swojego ciała.

Ludzie przesiadają się kilkakrotnie mimo tłoku w tramwaju, licząc że zmiana miejsca da im kilkuminutowy orgazm komunikacyjny. Tak to nie działa moi państwo.

Matka z krótkimi, nieładnymi palcami zakończonymi koralowymi paznokciami stoi nad siedzącym dzieckiem i patrzy na uciekający w oddali świat. Ma czarne proste włosy i dwie gumki umocowane przy kucyku, lichym bo lichym, ale jednak kucyku. Nie myśli o wzięciu dziecka na kolana.

Facet w żółtej kurtce skroluje fejsbuka, pewnie szuka czegoś istotnego. Może właśnie dziś jego była zaręczy się z chłopakiem swoich marzeń.

Na oko sześćdziesięcioletni facet opowiada swojemu na oko sześćdziesięcioletniemu koledze, że jego stara płaci rachunki na poczcie, bo przecież on nie będzie w kolejce stał. Dobrze, że chociaż przy na oko sześćdziesięcioletnim koledze ten na oko sześćdziesięcioletni facet może sobie pozwolić na określenie swojej żony jego starą.

Kolejny przystanek, kolejne przepychanki. Mimo godziny dwunastej i teoretycznej pory bycia ludzi w pracy, szkołach, czy na uczelni, tramwaj zapełnia się co przystanek. Następuje wymiana tłumu. Jeden tłum wysiada, drugi wsiada.

Oczywiście, że jestem poirytowana. I jednocześnie nie jestem. Znam ten stan doskonale. Kiedy pałęta mi się po głowie stek przekleństw, ale moje ciało mimo tego odmawia ich wypowiedzenia. Kiedy mimo złości, wielkiego i grubego hejta nie robię nic, czekam, stoję. Czekam i stoję. Mam już tyle lat, że nawet już takie akcje mnie nie dziwią.

Wsiada panienka na oko lat dwadzieścia. Czemu się nie umalowała, nie ubrała jakoś, młoda jest, a taka szara. Jak ta kobieta w wieku mojej matki, która stoi niebezpiecznie blisko mnie. Chwilę na nie obie patrzę i odwracam wzrok w stronę ruszających samochodów.

Majaczy mi się po głowie w trakcie podróży, że niby pamiętam, co działo się dwa, trzy miesiące temu, a jednak odpłynęło to już tak daleko w dal, że jest to wszystko jakby inne, nie moje, czyjeś życie. Nie umiem nazwać tego stanu, jednak taka jest prawda, że oprócz niewielu momentów z bardzo bliskiej przeszłości, nie mówiąc już nawet o bardzo odległej przeszłości, reszta jest ciemnym miejscem w mojej głowie, które pozostaje nieznane. Jest, bo jest, owszem, ale nie wiem co tam jest. Nie wracam tam, nie otwieram drzwi, czekam aż wspomnienia te dopadną mnie w najmniej oczekiwanym momencie wywołując na mojej twarzy krzywy grymas bólu i niezadowolenia.

Wysiadam z tramwaju i człapię do swojego mieszkania, a konkretnie do swojego łóżka, które chce objąć z całych swych sił. Po drodze mijam mężczyznę z małym dzieckiem, które obejmuje swojego potomka najsilniej jak się da. Dziecko przyklejone do jego torsu ledwo zipie.  Mam deja vu. Wczoraj odegrała się podobna scena, z tym że dzieciak nie był tak mocno tulony. Idę, odchodzę, boję się, że jeszcze mnie ktoś tak zakleszczy.

Mam suche usta jak wióry, którym przydałby się papier ścierny. Albo od razu szlifierka mojego ojca. Zajady dalej wykrzywiają moje usta w dziwnym cynicznym uśmieszku. Kupiłam witaminy. Obiecałam matce przecież, że kupię.

Wbijam klucz do drzwi wejściowych, później wbijam mały klucz do skrzynki. Przekręcam, otwieram, wkładam dłoń. Stwierdzam pustostan. Zamykam, przekręcam, wyciągam klucz. Wskakuję do windy uradowana, że dziś nie idę na piechotę na drugie piętro. Dojeżdżam, wysiadam, wbijam trzeci klucz do zamka. Wchodzę. Rozbieram się, rzucam torbę do szafy, buty szybkim ruchem stoją tuż obok. Daję nura pod pościel. Odpływam.

Odpływam tak już kolejne popołudnie, budząc się po kilkudziesięciu minutach zlana potem na skutek dziwnych snów. Dzisiaj była to burza, zbierane w pośpiechu pranie, czarny kot, który mimo tej burzy nie powrócił do domu. Piszę te słowa będąc zatopiona w półmroku. Widzę jak gałęzie stojącego za oknem świerka kołyszą się delikatnie. Wieje. A jednak wieje. Nie pada już. Nie gra już muzyka, której dźwięk jest najprzyjemniejszy dla moich uszu.

Mimo pełnego zachmurzenia wstaję. Już wstaje, już coś robię. Czeka mnie pranie przecież.

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s